Menu pionowe

Szukaj

Kategorie

  • Brak kategorii

autor

Przeprowadzka na nowy serwer

Z powodu zamknięcia dotychczasowego serwera, blog został przeniesiony na nowy:


https://turystyki.wordpress.com

Powrót z podrózy

Na brzegu zaś czekał już na mnie dzik. Naprawę ciekawa to była bestia lecz, jak już wspomniałem śpiesząc się, nie miałem czasu by podziwiać potężne sploty jej mięśni i grozę ogromnych kłów, jakimi obdarzyła ją natura. I wtedy właśnie, gdy pragnąłem jednym sztychem zakończyć marny żywot zuchwałego zwierza, co to poważył się na majestat, nie przymierzając jak jakiś Francuz, okazało się, iż z powodu pośpiechu nie zabrałem ze sobą na tę stronę jeziora swego rapieru, który odłożyłem, pracując w pocie czoła nad konstrukcją statku. I znów z pomocą pośpieszył mi mój przyjaciel. Nie poproszony wyjął własne „I”, podając mi je w taki sposób, mym mógł je złapać za kropkę, jak za rękojeść, tym samym mogąc używać pozostałej części jak ostrza, którym miałem rozpłatać bestię. Lecz w tym oto szczęsnym momencie ów dzik, widząc zarówno mą szlachetną postawę, nieugięty zamiar pozbawienia go życia, jak i groźne ostrze w mych rękach rzucił się na kolana i zaczął błagać o litość twierdząc, iż to okrutny los zmusił go do roli bandyty, że on się swego fachu brzydzi, że gdyby wiedział, nigdy nie zaatakowałby królowej, którą czci i szanuje, a tak w ogóle to jest emigrantem ze Szwarcwaldu, (co by tłumaczyło jego wysoką inteligencję i zdolność mowy) wygnanym ze swej ojczyzny przez francuskich robotników najemnych. No cóż, nic tak nie porusza mego szlachetnego serca jak szczere wyznanie swych win oraz niesprawiedliwość, której przyczyną są Francuzi, dlatego postanowiłem darować mu życie. Wdzięczny i oczarowany mą szlachetną łaskawością, oraz świadom mego pośpiechu, dzik bezzwłocznie wskazał mi miejsce, gdzie ukrywał zrabowane skarby. Leżały one mianowicie pod wielkim dębem, jedynym drzewem, jakie rosło na wysepce. Sterta żałosnych rupieci, nie wartych nawet wzmianki, otaczała korzenie drzewa, same jednak barchany, obiekt i cel mej wyprawy, wisiały wysoko na gałęzi. Osobie szlachetnego urodzenia, jakim się szczycę, nie wypada wydawać się na pośmiewisko w akcie wspinaczki na drzewo, jak nie przymierzając jakiś służący, co to ukradłszy wcześniej portmonetkę swej pani, usiłuje wśród gałęzi ukryć się przed sprawiedliwością, wraz z swym wstydem i hańbą. I znów nie pozostało mi nic innego jak zwrócić się o pomoc do mego towarzysza, który skwapliwie mi ją po raz kolejny ofiarował. Otóż użyłem „R” mego przyjaciela by za pomocą sztuczki, jakiej nauczyłem się w gościnnie u księżycowego ludu a którą oni nazywali lassem, ściągnąć z drzewa szlachetne barchany królowej. Jakież było moje zdziwienie, gdy na ziemie spadły, obok rzeczonych barchanów, także ozdobne i haftowane złote pantalony. Uczynny Klusek pośpieszył z wyjaśnieniem, iż owe pantalony zdobył na księciu Bruckenshire, w tej samej feralnej chwili, gdy tego nieświadomy naruszył majestat królowej. Moim czujnym oczom nie umknął fakt, iż pantalony owe uszyte były w kroju francuskim, postanowiłem zatem wziąć je ze sobą i o fakcie tym powiadomić odpowiednie służby. Na tym postanowiłem zakończyć moją wizytę na wysepce.

Jak się domyślacie oczywiście udało mi się powrócić do wioski w odpowiednim czasie, by w miłym towarzystwie wypocząć w nocy po trudach służby królewskiej, po czym następnego ranka udałem się w drogę powrotną do Londynu. Królowa, zachwycona mym osiągnięciem i szybkością, z jaką wypełniłem jej prośbę, postanowiła jakoś uhonorować moją skromną osobę, lecz niestety okazało się właśnie, iż wszystkie medale i ordery zostały dopiero co przekazane sierotom i bezdomnym, by z braku środków do życia karmili się oni dumą i duchem narodowej potęgi. Mądra królowa w tych nieprzyjemnych okolicznościach postanowiła więc obdarzyć mnie owymi złotymi pantalonami, które odnalazłem w czasie mej podróży, a które utraciły właściciela, jako że okazał się on, oczywiście dzięki mej bystrości umysłu wykrytym, francuskim przebierańcem i szpiegiem międzynarodowego spisku służących.

źródło:
http://wypoczynek.turystyka.pl/

Długa podróż

W poszukiwaniu śladu wieści, gdzież to ukrywać ma się przede mną rzeczony dzik, porywacz królewskich barchanów, dotarłem pewnego pochmurnego dnia w okolice małej wioski Lugon, której ciemni i nieuprzejmi mieszkańcy (zapewne potomkowie francuskich służących – to najgorszy rodzaj człowieka) dopiero po poniżającym dla mnie akcie przekupstwa wskazali mi ścieżkę prowadząca jakoby do legowiska szukanego przez mnie stwora. Jazda konna wśród ohydnego smrodu i brudu bagien to było prawdziwe wyzwanie dla mych, nieprzeciętnych oczywiście, zdolności jeździeckich. Poradziłem sobie z grząską i kręta drogą (używam tu owego szlachetnego słowa w dużym stopniu nadinterpretując fakty, gdyż ciężko tak naprawę byłoby to nazwać szlakiem) i już po kilku godzinach nużącej podróży stanąłem u brzegu wielkiego, smętnego jeziora, pośrodku którego, wśród trzcin i listowi, jawiła się mym oczom szarawa wysepka, mieszkanie poszukiwanego zwierzęcego bandyty. Jak tu jednak przekroczyć suchą stopą ową mętna breję, jaka mnie od owego szubrawcy dzieli? Nie zastanawiając się długo, czas bowiem był dla mnie cenny, jako że było już późne popołudnie a ja pragnąłem wieczorem zjawić się z powrotem w wiosce Lugon, u drzwi pewnej młodej młynareczki, która wyraźnie była pod mym urokiem od kiedy to nasze oczy spotkały się po raz pierwszy, poprosiłem więc mego przyjaciela T.I.R.a by użyczył mi swego mocarnego i potężnie zbudowanego „T” co też ten, nie kwapiąc się, uczynił. Z pomocą owego „T” a także okolicznego sitowia nie marudząc, mając bowiem w pamięci czarujący uśmiech młynareczki, sporządziłem zgrabną i szybka tratwę, na którą rychło wkroczyłem. Jak tu jednak poruszać mym okrętem? I na to szybko znalazłem sposób. Otóż zanurzyłem w wodzie kręcony ogon mego wierzchowca, wcześniej dodatkowo go zawijając, zakręcając i dociskając do niego samego. W pewnej chwili wypuszczony z mych rąk ogon zaczął tak szybko wirować w wodzie, nadając tym samym naszemu okrętowi niezbędnej prędkości, iż już po chwili mogłem postawić swe stopy na brudnej ziemi, stanowiącej wysepkę, cel mej podróży.

Po bezdrożach Kornwalii

Podróżowałem kiedyś po bezdrożach Kornwalii. Wiecie zapewne moi szlachetni słuchacze jak paskudne i nieprzyjemne to miejsce, szczególnie późną jesienią. Zaprawdę powiadam Wam porządny szlachcic nie ma czego szukać w tamtych zapomnianych przez boga okolicach. Ma eskapada nie była, jak się zapewne domyślacie moim wolnym wyborem. Zostałem bowiem poproszony przez Królową Wiktorię, która z opowieści mych przyjaciół znała mnie jako człowieka honoru i umiejącego dotrzymać tajemnicy przyjaciela kobiet, by odnaleźć zagubione prze nią ozdobne barchany, które odłączyły się od ich właścicielki, gdy ta, omawiając na osobności z księciem Bruckenshire sprawy wagi państwowej, w okolicach zagajnika Imling, została zaatakowana przez niezwykle prostackiego i nie znającego swego miejsca okrutnego dzika, którego okoliczne pospólstwo nazywa, nie wiedzieć czemu Kluskiem.

Rzeczona podróż, by dopełnić ogromu trudności, jakie mnie w jej czasie spotkały, odbywała się oczywiście właśnie późną jesienią. Na całe moje szczęście wybrał się w nią, wraz ze mną mój dozgonny i wdzięczny przyjaciel T.I.R., któremu kilka wiosen wcześniej uratowałem życie z paszczy dzikich psów wielkości człowieka, które to służą we Francji za zwierzęta pod siodło. Wiadomym jest bowiem, iż żaden koń, jako zwierzę szlachetne i honorowe, nie zniesie na swym grzbiecie żadnego żabojada, stąd konieczność, jaka spadła na Francuzów u zarania dziejów, by podróżować w tak haniebny sposób, czyli na olbrzymich psach. Z resztą trudno zgadywać czy, jeśliby konie jednak w swej łaskawości postanowiły dać się Francuzom ujeżdżać, oni i  tak nie woleliby psów, jako bliższych im zarówno cechami charakteru, jak i rozumem. Kończmy jednak ową dygresję i powróćmy do mojej historii podróży po…na samo wspomnienie tych okolić znów wzdragam się z obrzydzenia … wzgórzach Kornwalii.